piątek, 12 grudnia 2014

Grudniowe czapeczki

Miesiąc temu na spotkanie Natalia przyniosła przepiękny beret, który postanowiła ofiarować w ramach akcji charytatywnej. Beret był kolorowy, duży i zapragnęłam beret posiadać. A że nigdy go jakoś nie robiłam, to tym bardziej druty mi same wpadły w dłonie. Druty i ostatnie z półeczki motki włóczki Olimpia Mondial. Ja już tak jakoś mam, że jak się jakaś włóczka kończy i wiem, że już jej nie będzie, to dostaję przyspieszenia, żal mi jej i muszę ją kupić... Choroba jakaś? Ja to nazywam "syndromem ostatnich motków". Moje koleżanki się już po cichu ze mnie śmieją...
Ale do rzeczy, oto berecik!

             

             

Comiesięczne spotkanie w e-dziewiarce upłynęło pod znakiem czapek zdecydowanie. Było ich sporo, co jedna, to ładniejsza. Więcej można obejrzeć na stronie sklepu, bo też stamtąd pochodzą zdjęcia.
Pokazałam też jeszcze jedną czapkę, zrobioną pod wpływem Mariolci, bo jak tylko ją zobaczyłam w jej czapce, to od razu musiałam, po prostu musiałam też taką mieć. Mariolcia nie miała nic przeciw temu, więc mam!



Jak widać powyżej identyczne to one nie są. Obie były robione wg wzoru z gazetki FAM firmy Lang Yarns, ale Mariolcia robiła całość na okrągło ("bo kto by zszywał czapkę?"), a ja po kilku próbach zdecydowałam się jednak zrobić tę kolorową część zgodnie z opisem, czyli zszywałam, a dopiero górę robiłam na okrągło. Obie podobają mi się bardzo. Mariolciowym sposobem zrobię chyba drugą, ale w innych kolorach.

Dane techniczne: 
beret - bez wzoru, robiony od czubka głowy, włóczka Olimpia Mondial, druty HH nr 5
czapka - wzór nr 5 z gazetki FAM nr 217 włóczki to Elena i Malou, druty KP nr 8 -  obie można kupić jeszcze na pl. Staszica! To nie reklama, ale wiem, jak ja tej czapeczki zachciałam, więc może i kto inny będzie chciał, więc podpowiadam...

A poza tym ostatni miesiąc upłynął mi baaaardzo pracowicie, bo pracy naprawdę sporo. Miałam troszkę zajęć dodatkowych, nowych wyzwań, ale i nowych trosk, więc jakoś nie było weny do pisania. Prawdę mówiąc czekam na kilka dni wolnych przy okazji świąt, mam nadzieję odpocząć solidnie, pobyć z najbliższymi i przyjaciółmi, bo brak mi ich ostatnio bardzo. Jakieś zmęczenie mnie dopadło. Może to brak słońca pierwszy raz w życiu mi doskwiera? Dzisiaj śniły mi się piaszczyste plaże i wakacje, więc chyba coś jest na rzeczy!

środa, 5 listopada 2014

Historia pewnej czapeczki

Dzisiaj znów męska rzecz. To nieważne, że rok temu zrobiłam komplet szalik + czapka z pięknej włóczki merynosa. To nieważne, że w pocie czoła na cienkich drutach dłubałam z jedwabiu sweterek. Próbą uczucia okazała się czapeczka z czegoś, co ma nie grzać za bardzo i być na "taką pogodę". Długo to trwało. Co wzięłam druty do rąk, żeby zrobić oczywiście coś, co czapeczką nie było, słyszałam pytanie "A co z moją czapeczką". Czułam się z tym źle, ale odwlekałam jej zrobienie.
No to jest, oto ona:

 
Pierwszy raz robiłam czapkę od góry. Nie chciało mi się po prostu próbki robić i liczyć obwodu głowy. A poza tym Wielki Zamawiający nie do końca wiedział, jaka ma być długa. Taki sposób jest dobry właśnie na takie sytuacje...


Czapeczka została zaakceptowana, jest regularnie noszona. Jak widać na załączonych obrazkach sweterek też. Dostałam zielone światło na zrobienie nowego, cieplejszego. Jestem wzruszona i czuję się doceniona :)
  

Dane techniczne:
włóczka Jeans Yarn Art - 1 motek koloru 28. To bardzo fajna i niedroga mieszanka bawełny i akrylu. Osobiście bardzo lubię z niej robić. Kiedyś z tego koloru zrobiłam sweterek połączony nie wiem czy potrzebnie z inną nitką. Póki co sweterek nie doczekał się zdjęć. Inna sprawa, że to taki zwykły, codzienny sweterek i nie ma czym się chwalić :)
Druty: chyba 3 albo 3,5?

Sezon czapeczkowy uznaję za zdecydowanie rozpoczęty i przyłączam się do fajnej akcji-wyzwania z bloga Handmade project. Czapeczek nigdy za dużo!

 

poniedziałek, 27 października 2014

Iść w stronę słońca...

Jesień jest zdecydowanie moją ulubioną porą roku. Może dlatego, że urodziłam się właśnie jesienią? Gdy wszyscy, a w każdym razie większość płacze żegnając lato, ja zacieram łapki. Kończą się letnie upały, których szczerze nie cierpię, a zaczyna czas, który my dziewiarki lubimy - wreszcie można zaprezentować sweterki, szaliczki, czapeczki itd, itp. Oczywiście trochę sobie dworuję, ale naprawdę jesień w jej feerii barw uwielbiam. Na co dzień nie bardzo mam kiedy się nią zachwycać, bo w mieście prawdziwej jesieni nie widać. Szczególnie kiedy mieszka się w centrum, jak ja. Trzeba się ruszyć z domu!


W weekend wybraliśmy się więc do Szklarskiej Poręby, żeby jeszcze nacieszyć oczy. Nie obyło się bez przygód, o tym dalej. Najpierw prezentacja nowego swetra, który ogrzewał mnie podczas wycieczek. Idealnie wkomponowywał się w leśne barwy!






Dane techniczne:
Wzór: Hitch by Mercedes Tarasovich-Clark, płatny. Zrobiłam troszkę dłuższy niż w oryginale. Ponieważ moja włóczka nie zgadzała się do końca z próbką ze wzoru, robiłam wg rozmiaru S (poprawia samopoczucie), ale też odrobinę zmieniałam wymiary, dostosowując do moich potrzeb.
Włóczka: Donegal Lang Yarns, kolor 97 . Dokładnie 6 motków, prawie do ostatniej nitki. Piękny tweed ze 100% wełny. Przyjemny w przerabianiu. Szybko rośnie w rękach :) Kolor wg mnie obłędny! Mnie nie podgryza, po praniu sweter jest miękki i bardzo dobrze się go nosi.
Druty: HH 3,5 i 3.
Sweter robiony w częściach i zszywany. Ma kimonowy rękaw. Wprawdzie zrobiłam próbkę i ta się specjalnie jakoś nie rozciągnęła, ale jednak w praniu rękaw się trochę wyciągnął. Zrobiłam 3/4, a po praniu jest w sam raz :)

A teraz o samej wycieczce. Ponieważ lasy w okolicach Szrenicy są raczej iglaste, to nie widać tam takiej kolorowej jesieni, po jaką przyjechałam. Postanowiliśmy więc pojechać do Świeradowa i górą przejść do Jakuszyc. Pogoda w Szklarskiej była piękna, jak na zamówienie. Podjeżdżając pod wyciąg w Świeradowie coś przeczuwaliśmy widząc wierzchołki góry spowitej chmurami, ale kto by się denerwował... Wjechaliśmy na górę gondolą, co samo w sobie jest dosyć atrakcyjne - pod warunkiem, że coś widać :) Chciałam zrobić zdjęcie ostatnich chwil słońca, ale okazało się, że aparat i owszem wzięłam, ale bez karty... Super. Tego dnia zdjęcia robiłam więc komórką, nosząc aparat w plecaku!


Właściwie ograniczone widoki z gondoli były ostatnimi, jakie widzieliśmy, bo na górze wjechaliśmy po prostu w chmurę. Temperatura ok. 4 stopni. (Sprostowanie na żądanie - temperatura była niższa, 2 stopnie). Super. Złota polska jesień... Niech to szlag. Kiedy na nos spadł mi kawałek lodu z drzewa, zrobiło mi się średnio. Ale co tam, ahoj przygodo!


Przeszliśmy 18 km w chmurze, wietrze i zimnie. Proszę bardzo zrzut z gadżetu:


Przy Chatce Górzystów odważyłam się na chwilę zdjąć kurtkę, kamizelkę, szalik, czapkę i rękawiczki, żeby komórką zrobić zdjęcia sweterka! Miało być tak pięknie...





Z lekko zagryzionymi zębami dodam, że na dole, czyli w Szklarskiej cały dzień była piękna, słoneczna pogoda...
Następnego dnia już nie wybraliśmy się nigdzie dalej, jedynie do Michałowic. Pogoda śliczna. Malowniczo, jesiennie i nie trzeba było przebierać zbyt gęsto nóżkami... A i kopytne się napatoczyły :)



niedziela, 19 października 2014

Ależ ten czas leci! Od ostatniego wpisu znowu minęło troszkę czasu. Wprawdzie przybyło u mnie nowości, bo drutów z rąk nie wyjmuję, ale dziś pokażę zapowiadany już chyba wcześniej sweterek, który w końcu doczekał się przyszycia guzików i może zostać zaprezentowany.




Dane techniczne: włóczka to nieodżałowany Champagne od Grignasco. Nieodżałowany, bo już nie do kupienia... Przyznam się, że mam jeszcze maleńki, ale to naprawdę maleńki zapasik. Na ten sweterek zużyłam 4 motki popielatej i 1 motek czarnej  włóczki, cudownej mieszanki wełny merino z jedwabiem. Robi się z niej przyjemnie, układa się pięknie. Trzeba wziąć pod uwagę, że po praniu się rozciąga. Tu znowu przypominam, bo sama się na własnej skórze przekonałam, że to ważne - prać próbkę! 
Wzór: Alecia Beth, wzór Justyny Lorkowskiej, płatny, dostępny na Ravelry. To już moje drugie podejście do tego wzoru, bo zrobiłam już wg niego bawełniany sweterek. Poprzednio robiłam rozmiar M, teraz S. Grunt to dobre samopoczucie, bo rozmiar S od dawna jest mi niestety daleki :) Ale o tym za chwilę...
Wprowadziłam drobną modyfikację, czyli kontrastowe wykończenie plisy na dole, przy dekolcie i plisy na guziki. Prawie jak Chanel, choć "prawie" robi różnicę, jak wiadomo :)
Druty: oczywiście nie do końca jestem pewna, bo to udzierg, który swoje odleżał czekając na guziki, ale odnoszę wrażenie, że były to druty HH r. 3 na ściągacze i 3,25 albo 3,5 na resztę. Czy to takie ważne? :)
Czego się nauczyłam? Przede wszystkim to drugi sweterek robiony bezszwową metodą Continuous czyli metodą na "C", bo kto jest w stanie to wymówić! Ale też przy okazji nauczyłam się robić dziurki na guziki metodą "one row", czyli po prostu w jednym rzędzie. Wreszcie sposób, który mi odpowiada. Dziurki są równe i ładne. 

O rozmiarze pisałam... Wzięłam się troszeczkę za ten rozmiar, że tak powiem, bo szafa pełna, ale rzeczy jakieś takie za małe się zrobiły. Wszystkie się w praniu nie skurczyły raczej, więc powód zgoła inny. Zachęcona sukcesami jednej ze znajomych, zaczęłam chodzić na zajęcia zumby. Początkowo się troszkę załamałam, ale teraz już jest ciut lepiej. Nie chodzi tu o moją kondycję, bo z tą nie jest nawet tak źle, ale o totalny brak koordynacji ruchów. Nie jestem specjalnie uzdolniona tanecznie, choć mam wyczucie rytmu niezłe. Jakoś jednak nie nadążam za tymi wszystkimi kobitkami, które chyba się na zajęciach zumby urodziły, bo zawsze wiedzą co mają i kiedy zrobić. A ja nie wiem! I widzę w lustrze, że one ręce w górę, a ja w dół. One w prawo, a ja w lewo. Jak już opanuję nogi, to o rękach nie pamiętam. Trudno. Po godzinie wychodzę mokra, że koszulkę wykręcać można i chyba o to głównie chodzi. Poza tym biegam. Albo na bieżni, bo wieczorem nie bardzo mam gdzie, bo już ciemno. Albo jak dziś, na wałach nad Odrą. Rezultaty pewnie nie prędko, bo niestety trzeba swoje odcierpieć, ale może uda się oszczędzić na włóczkach i robić mniejsze sweterki?