czwartek, 26 lutego 2015

Książeczka

Od mojej koleżanki Joli dostałam fantastyczną książkę z 1953 r. z wzorami serwet. Za serwetę się wezmę, ale musi jeszcze poczekać. Ale zachęcona posiadaniem takiej perełki zaczęłam szukać innych pozycji dziewiarskich po antykwariatach i aukcjach. Kupiłam dwie kolejne książki, jedną z kolejnymi serwetami i jedną o dziewiarstwie ręcznym, że tak powiem, ogólnie. I o tej będzie dzisiaj...


Książka napisana przez Helenę Dutkiewicz, została wydana w roku 1956, kiedy to mnie nawet w planach nie było, bo moja Mamusia miała 16 lat. Została wydana przez Wydawnictwo Przemysłu Lekkiego i Spożywczego - już sama nazwa tego wydawnictwa wywołała uśmiech na mojej twarzy. Wiem, że rzeczywistość tamtych czasów lekka i zabawna nie była, ale przeglądając i czytając tę książkę uśmiech powraca wielokrotnie. Proszę bardzo oto męski pulower sportowy: 


W dzisiejszych czasach walki znanych marek o klienta przy pomocy coraz to nowych modeli wykonanych z cały czas ulepszanych tkanin oddychających, ten pulower jest po prostu od-jaz-do-wy!
Zwracam uwagę na polecany materiał - "wełna średniej grubości".

Bardzo również spodobało mi się wdzianko dla pieska. Jestem wielbicielką jamników, miałam ich dwa i nigdy nie miały ubranka! Z pewnością dlatego, że nie wiedziałam, jak je zrobić ;) Teraz mogłabym to nadrobić, ale jamnika brak!


No i mój absolutny faworyt! Męskie slipy z wełny lub bawełny! Czyż nie są cudne?! Tylko kto by w nich chodził? Wyobrażacie sobie ukochanego w takich slipkach?


Żarty żartami, ale straszne to były czasy, gdy z powodu braków wszystkiego, trzeba się było ratować takimi gatkami...

I jeszcze fragment książki, który mówi również wiele o tamtych czasach:
"Duże zastosowanie mają wyroby ręcznie dziane w każdej rodzinie; jest to korzystne zwłaszcza w liczniejszych rodzinach, gdzie własnoręcznie wykonywanie przez matkę odzieży dla dzieci pozwala na znaczne zmniejszenie wydatków domowych. Dodatkową korzyścią jest możność ponownego użycia wełny po spruciu częściowo zniszczonego lub zbyt ciasnego wyrobu."

Hm... Czasy się na szczęście zmieniły, dziś to hobby jednak, nie konieczność i nie tylko matki wielodzietne się dziewiarstwem zajmują. A z pewnością nie z oszczędności :)

No i element patriotyczny:
"Produkcja odzieży ręcznie dzianej, zwłaszcza z wysokogatunkowej przędzy wełnianej, umożliwia również gospodarce społecznej osiągnięcie pewnych oszczędności. Wynika to stąd, że przy produkowaniu odzieży z dzianiny maszynowej powstają przy kroju i modelowaniu straty surowca na ścinki i odpady, natomiast w w dziewiarstwie ręcznym nie ma żadnych strat surowca, gdyż nic się tu nie kraje, a cała przędza jest w pełni wykorzystana; istnieje przy tym możliwość ponownego jej użycia do wykonania innego wyrobu."

Tak więc dowiedziałam się, że jednak jestem oszczędna, mimo wszystko :)

W książce niestety nie znalazłam konkretnych porad dotyczących wyrobu dzianin, choć na to liczyłam. Ciągle się przecież uczę i chętnie szukam różnych instrukcji. Są bardzo ogólne informacje o wykonywaniu wyrobów - jakich? pokazałam, więc raczej traktuję tę książkę jako ciekawostkę. Ale zakupu nie żałuję wcale, a wcale.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Żyj kolorowo

  

Może pamiętacie jeszcze te moteczki (klik)?
Chyba tak, bo co jakiś czas przychodzą do mnie Panie Klientki i o tę włóczkę pytają. Jakoś tak jest, że ona zawsze zostaje sprzedana na tzw. pniu. Sama kupiłam 4 motki, przy kolejnych partiach farbowania o mało nie kupiłam kolejnych, ale się opanowałam. Przyznaję się bez bicia - ja tę włóczkę uwielbiam. Jest sprężysta, świetnie się z niej robi, jest cieplutka, miła w dotyku, a te kolory? Pozostawiam bez komentarza. 


Chustę zrobiłam właściwie natychmiast po zakupie, czyli jeszcze w październiku chyba, albo na początku listopada. Wzór to taka prawie Mara, ale nie do końca, bo ścieg francuski, którym robiona jest główna część jest jednak potwornie włóczkochłonny i w pewnym momencie troszkę oszukiwałam, żeby efekt był podobny, ale włóczki szło mniej. Podobnie postąpiłam przy falbanie. Nie powiększałam jej tak mocno jak we wzorze. Chciałam mieć chustę dużą i taka właśnie jest. Poszło jakieś 3,5 motka. Zostało jeszcze może na małą czapeczkę, albo mitenki. 
Choć noszę ją często to jakoś nie było okazji do zrobienia zdjęć, co u mnie jest już normą. Okazja się w końcu trafiła, bo mimo mojego bólu kręgosłupa wybraliśmy się na ładowanie akumulatorów w plenerach leśnych. Pogoda dopisała jak marzenie.


Po spacerze siedziałam przed domkiem na leżaczku i robiłam na drutach w promieniach naprawdę wiosennego słońca! Było mi bosko, humor od razu lepszy.


Dla wytrwałych jeszcze kilka fotek ze spaceru. Choć jeszcze gdzieniegdzie widać resztki śniegu, a w lesie bajorka są wciąż zamarznięte, to czuć już zbliżającą się wiosnę i to dodaje mi jakoś sił, bo w tym roku wyjątkowo mnie ta zima, co wcale nie jest zimą zmęczyła.







piątek, 13 lutego 2015

Takie same, ale inne :)

Czapeczki norweskie spotkało miłe przyjęcie, a jak pisałam wcześniej wirus jest silny :) Moja przyjaciółka zachwyciła się moją, więc po produkcji kolejnej miała prawo wyboru. I tak oto dwie czapeczki, takie same, ale inne :)

          

Zdjęcia zrobione telefonem, bardzo na gorąco - w mojej nawet nitek nie poobcinałam. Nie mogłam się jednak powstrzymać, żeby ich nie pokazać.
Muszę podliczyć, ale to chyba 4 czapeczka z 12 :)

czwartek, 5 lutego 2015

Energetycznie!

Zaczęła Michalina. Później Mariolcia. No i teraz padło na mnie i chętnie podaję wirusa dalej! Wirus do najgroźniejszych nie należy, choć od obowiązków troszkę odciąga, jest czasochłonny, zdecydowanie nie telewizyjny! Trzeba się troszkę skupić, ale warto. Zresztą oceńcie, co będę się rozpisywać.


Tak się chciałam nowym beretem pochwalić, że nawet zdjęcia migiem zostały zrobione, tuż przed wyjściem do pracy. Natychmiast pokazuję :)
No i to będzie mój pierwszy wpis o "literaturze fachowej". Książek dziewiarskich nie mam zbyt wiele, raczej troszkę czasopism, głównie starych. Kiedyś namiętnie kolekcjonowałam, teraz raczej korzystam z urządzeń typu laptop, czy tablet. Dla mnie wygodniej, miejsca nie zajmuje, nie muszę wertować sterty papieru. Mam wszystko posegregowane w odpowiednich katalogach i jakoś daję radę jeszcze coś odnaleźć. Choć nie zawsze. Czasami wiem, że gdzieś coś jest, ale gdzie? Diabli wiedzą... 
Tym razem nie powstrzymałam się i mam nowy nabytek! Bardzo, bardzo jestem zeń zadowolona, bo wzorów sporo, chętni na kolejne bereciki już są. Może zrobię jakieś rękawiczki? Getrów nie będę robić, bo nie noszę. Ale pewnie wykorzystam wzorki na jakimś sweterku. Hmmm... Przypomniało mi się, że mam w szafie nie skończony kardigan robiony żakardem... Tylko listwy guzikowej mu brakuje... Trzeba odszukać :)


W książce proponowane są różne włóczki, mieszanie kolorów itd. Ale wprost stworzone są do tego włóczki skarpetkowe np. Jawoll Magic Degrade firmy Lang Yarns. Wybiera się kolor główny i Degrade jako "podkład", który będzie zmieniał kolory. Świetna zabawa. Z jednego motka można zrobić chyba ze trzy czapki, albo cały komplet. Właśnie zaczęłam kolejny beret, dla przyjaciółki, synowa też wyraziła chęć posiadania, więc niedługo będę wiedzieć więcej na temat wydajności. Ten beret zrobiłam z resztek motka, który mi został po zrobieniu "ludowej" spódnicy dwa lata temu.
Jeszcze jedno zdjęcie wrzucę, bo tak się cieszę!


Książkę kupiłam jeszcze jedną, ale o niej napiszę, jak już coś będzie do pokazania. Biorąc pod uwagę nałóg żakardowy, może to być za jakiś czas...