niedziela, 20 lipca 2014

Luksusy!

Długo nie było zdjęć, a i inne posty nieczęste. Już tak dawno skończyłam szal z jedwabiu, który obiecywałam pokazać, że aż się sama zdziwiłam. Najpierw pogoda pochmurna, potem choroba, teraz upały tropikalne, których szczerze nie znoszę...
W końcu się chwalę. To najbardziej pracochłonny szal, jaki kiedykolwiek zrobiłam! Jedwab jest przepiękny i szlachetny, ale nie daj Boże, żeby oczko jakiej zgubić... Do tego straszna ilość koralików, które w dodatku nakłada się w różny sposób (przed lub po przerobieniu oczka). Słowem - nie taki prosty szal. Ale ostateczny efekt rekompensuje mi trudy. 


Szal jest moim zdaniem typowo wieczorowo-letni. Szeroki akurat na tyle by okryć ramiona. 


Ale też coś się w nim dzieje i fajnie się komponuje z letnią sukienką.



Dane techniczne:
Włóczka - jedwab firmy Zitron, Traumseide nr 015 - wymarzony prezent urodzinowy od Mariolci :), jeszcze raz dziękuję!
druty HH - zmieniane chyba  trzy razy, ale wydaje mi się, że zaczynałam od 3.75, a później zmienia się na większe, aż do 4.5 chyba
Wzór - Out of Darkness Boo Knits, wzór płatny dostępny na Ravelry. 


To już mój kolejny szal tej autorki, wcześniej zrobiłam dwa szale Sweet Dreams. Jej projekty są oparte na podobnej zasadzie wykonania, ale ażury jednak różnią się od siebie i zawsze mnie zachwycają. Z pewnością będę robić kolejne...

środa, 9 lipca 2014

Nie o drutach, ale...

Nie ma co ukrywać, jestem dość uzależniona od internetu... Z internetem jest związane moje życie zawodowe, bo współtworzę dwa portale oraz prowadzę blog. Nie kupuję gazet, wiadomości czytam wyłącznie w internecie. Telewizor jeszcze posiadam, ale oglądam właściwie tylko 45 minut tygodniowo, w niedzielę, zawsze ten sam program. Ale oglądam programy telewizyjne, tylko te, które chcę  - oczywiście w internecie. Radia słucham - w internecie, kiedy chcę i co chcę. Zakupy często robię przez internet, poza spożywczymi, bo tu jednak wybieram bazarek albo sklep osiedlowy, albo któryś z tzw. dyskontów. Korzystam z telefonu internetowego i skype, oczywiście z maila i dowiaduję się, co robią moi znajomi przez facebook. Jak ich tam nie ma, to nie wiem, co u nich słychać, bo niby skąd, skoro nie dzwonią, są zawsze zajęci i nigdy nie mogą się spotkać, albo ich nie interesują być może po prostu moje sprawy. Bank tylko internetowy, bo nawet jakbym chciała pójść i osobiście coś załatwić, to nie mogę, bo czynny jest akurat wtedy, kiedy ja pracuję. Więc jak mi internet padnie, to nie wiem co będzie - kicha blada. 
Telewizji nie lubię, bo nie chce mi się oglądać reklam przerywanych programem telewizyjnym. Mam tak od około 5 lat. Więc często jestem niezbyt na bieżąco z różnymi sprawami, bo dość wybredna jestem i jak mnie coś nie interesuje, to omijam, żeby się nie denerwować. Często nie wiem, kim są różne osoby opisywane na portalach internetowych, wzbudzające dość duże emocje, a ich życie, albo problemy są szczegółowo dość omawiane, co mnie zawsze zaskakuje. A ja się zastanawiam kim one, do cholery, są? Jak mnie coś bardziej zaintryguje to sobie wpiszę w wyszukiwarkę i znajdę. I nagle coś odkrywam i jestem pod wrażeniem. Przypadkiem trafiłam na postać właściwie internetową, która zapewne większości bardziej obytych medialnie osób jest znana, bo to zdaje się nie nowość, ale dla mnie i owszem, a mianowicie na Łukasza Jakóbiaka. W jego internetowym studio było już tylu znanych ludzi, że doszłam do wniosku, iż jestem absolutnie nie na czasie, opóźniona i w ogóle nie trendy... Ale strasznie mi się spodobało to, czego ten młody człowiek dokonał, sposób w jaki to robi itd. Krótkie wywiady, fajna atmosfera, chłopak naturalny, sympatyczny, nie narzuca się specjalnie. Prosto, bez całej tej studyjnej oprawy, całego sztabu ludzi itp. Obejrzałam na razie kilka wywiadów, a ja wywiady lubię. Niektóre osoby mnie zaskoczyły pozytywnie, a niektóre całkiem rozczarowały, bo się po nich spodziewałam więcej. Polecam w wolnej chwili, tym bardziej, że można po prostu słuchać i robić na drutach :)

niedziela, 29 czerwca 2014

Kij w mrowisko czyli o ceny ocenie

Do napisania dzisiejszego posta skłoniła mnie dyskusja, jaka wywiązała się na facebooku w Klubie Ręko-Dzielnych. Została wywołana przez umieszczenie linka do aukcji, na której sprzedawany jest okrągły dywanik zrobiony ręcznie z resztek chyba, na szydełku, o średnicy 100 cm. Cena 34,90...
I rozpętała się wśród rękodzielniczek dyskusja, do której swoje trzy grosze dorzuciłam. Dotyczyła oczywiście ceny za rękodzieło, relacji jakości rękodzieła do ceny, wolności wyboru ceny itd. Temat wyceny rękodzieła zawsze jest włożeniem kija w mrowisko, bo to temat trudny. Jakiś czas temu Yadis na swoim blogu umieściła bardzo fajne wyliczenie, w którym wykazała, że nawet zakładając, że wykonywana praca rąk własnych jest wyceniana przy założeniu, że stawka jest liczona od płacy minimalnej, to wynagrodzenie to będzie zawsze nie takie znowu małe. A niby dlaczego rękodzielniczka ma pracować za płacę minimalną.

Osobiście nie umiem swoich prac wyceniać i miałabym z tym rzeczywiście kłopot. Nie lubię się rozstawać z rzeczami, które zrobię, chyba że są na prezent w swoim założeniu. Wtedy wkładam w nie wiele serca. Zdarzyło mi się robić pojedyncze rzeczy na zamówienie, ale cenę dawałam zawsze dość wysoką, dla niektórych może zaporową, ale zakładałam, że jest to moje wynagrodzenie, a nie zwrot kosztów. Mam zamiar nawet zrobić kilka rzeczy na sprzedaż, czemu nie, jestem o to często pytana. Pomijam świadomie osoby, które żyją z rękodzieła, one pewnie najlepiej wiedzą, jak wyliczać cenę i chętnie bym usłyszała ich opinię. Pomijam również wszystkie sprawy formalne np. podatki itp. bo to zupełnie osobny temat. Wiem, że częściej spotkamy osoby, które traktują rękodzieło jako możliwość dorobienia i dają cenę taką, za jaką z pewnością sprzedadzą swój wyrób. Bo nie chodzi im o robienie na półkę, tylko po to, żeby sprzedać. I tu zaczyna się. Z jednej strony przyznaję, że to indywidualna sprawa, jak ktoś wycenia swoją pracę i teoretycznie nikomu nic do tego. Z drugiej jakoś się we mnie krew zawsze burzy, gdy widzę, jak nie docenia się własnej pracy, nie ceni swojego czasu, swoich oczu, swojego kręgosłupa, swoich umiejętności itd. Niedawno byłam świadkiem prawie awantury, jaką pewna starsza pani zrobiła dziewiarce, która powiedziała, że za zrobienie swetra weźmie nie mniej niż 200 zł, bo to jakby na to nie patrzeć minimum tydzień jej zajmie. Dla mnie nic dziwnego, ale pani osłupiała,a następnie zrobiła karczemną awanturę, argumentując swoje niezadowolenie tym, że za tę cenę to może kupić 4 gotowe swetry. No to proszę kupić i pięć! A w lumpeksie, jak się dobrze poszuka, to i dziesięć, a nawet i kaszmirowy można trafić. I co z tego?

Oczywiście nie uważam, że cena ma być z zasady wysoka. Nie, ma być uczciwa. Znaczenie ma także jakość wykonania, materiał itd. Ale nie może być jałmużną. Pewna pani powiedziała mi, że tak lubi robić na drutach, że robi różne rzeczy za zwrot kosztu włóczki plus 20 zł. Powiedziałam jej, żeby robiła raczej w prezencie... bo to na to samo wychodzi. A przynajmniej osoba, która za zrobienie czegoś zażyczy sobie odpowiedniego wynagrodzenia, nie usłyszy, że jakaś pani to robiła taki sweterek, szal, itp za 20 zł...

Ciekawa jestem Waszych opinii.

piątek, 27 czerwca 2014

W poszukiwaniu ideału


Do sklepu z włóczkami przychodzą czasami mężczyźni. Bardzo rzadko się zdarza, że przychodzą kupić coś dla siebie. Jeśli już to raczej w celu reperacji posiadanego ubrania albo żeby wykorzystać włóczkę w celach dla dziewiarek nietypowych. Np. do tworzenia modeli statków - liny okrętowe malutkie i cieniutkie są potrzebne. Albo w celu stworzenia siatki maskującej, bo teraz popularne są takie różne gry i zabawy w wojsko itp. Częściej przychodzą przysłani po uzupełnienie brakującego moteczka z kartką lub banderolką w dłoni. Albo po jakieś akcesoria. Czasami przychodzą kupić prezent i wtedy coś tam mniej więcej wiedzą, ale niekoniecznie do końca. Potrzebują podpowiedzi. A mi wtedy zawsze przypomina się pewna wizyta w sklepie z biżuterią w wigilię Bożego Narodzenia. Kupowałam jeszcze jakiś drobiazg i z wielką uciechą obserwowałam wpadających do sklepu mężczyzn, którzy z obłędem w oczach rzucali się na sprzedawczynię szukając u niej pomocy. Bo trzeba w końcu coś kupić, ale co!? Cokolwiek! No więc ja panów przychodzących do sklepu z włóczkami podziwiam, bo prezent bliski sercu dziewiarki chcą kupić i chętnie im pomagam. Dobrze jest jeśli wiedzą chociaż jaki kolor lubi ta, która ma być obdarowana. 

źródło - tam też więcej mężczyzn
znudzonych zakupami
Największą grupę mężczyzn przychodzących do sklepu stanowią jednak ci, którzy są dla kobiet w tym momencie tłem, osobą towarzyszącą, za kierowcę robią, jak zwał tak zwał. Najczęściej zasiadają od razu na kanapie i starają się spokojnie czekać. To "spokojnie" ma różny wymiar czasowy. Podziwiam szczerze niektórych, którzy wykazują się naprawdę świętą cierpliwością i z zupełną obojętnością obserwują, jak kobieta, z którą przyszli bierze do ręki każdy znajdujący się w sklepie motek, odkłada go, a potem jeszcze raz go bierze i tak nawet kilka razy. Ci zasługują naprawdę na medal! Są też tacy, którzy doradzają nawet, choćby w kwestii kolorów. No to już dla mnie mistrzowie. No i wreszcie są, naprawdę są tacy, którzy na pytanie, którą włóczkę wziąć "tę czy tę?", odpowiadają - uwaga! - "weź obie, kochanie". No jak się nie zakochać w takim? No jak? Normalnie powstrzymywać się trzeba, bo zajęci są przecież przez te, co ich przyprowadziły... Szczęściary...
Niestety są też tacy, co popędzają swoje kobiety normalnie okropnie! I taka biedna dziewiarka się stresuje i zdecydować nie może i ja jej współczuję bardzo i radzę na przyszłość przyjść samej.